Mój drugi raz

Relacje i zdjęcia z zagranicznych wypraw.

Mój drugi raz

Postprzez marcopolo » 06.07.2018, 22:30

Ja już dawno po wakacjach więc pozwólcie, że póki jeszcze coś pamiętam, w tym wątku zaprezentuję zapiski z naszej (mojej i żony) drugiej zagranicznej wycieczki Transalpem. Przed wyjazdem dużo skorzystałem czytając przeróżne blogi i wątki na forach, więc i może z tej opowieści ktoś skorzysta przy planowaniu podobnej eskapady. Przewiduję, że będzie dużo i rozwlekle choć trasa w większości standardowa i wielokrotnie już opisywana , również na tym forum. Ale ja już tak mam dlatego tych co preferują sprawozdania w krótkich żołnierskich słowach muszę rozczarować.
PS jak zwykle nie wiem o co chodzi z tymi zdjęciami, jeśli nie będzie widać dajcie znać.

Zamiast prologu

Dramat antyczny bezwzględnie musi posiadać Prolog, Rozwinięcie i Zakończenie. Zachowana jest również jedność Miejsca, Czasu i Akcji. Nasza historia ani nie dotyczy czasów starożytnych, ani tym bardziej nie obfituje w dramatyczne wydarzenia więc chyba nie będzie dramatu jeśli rozpocznę mniej więcej od środka jeśli chodzi o czas, miejsce i akcję, a właściwie od końca jeżeli brać pod uwagę cel naszej tegorocznej wycieczki motocyklowej.

Dalej się nie da. Zwyczajnie, najpierw skończył się asfalt, a po chwili bita droga, którą zagrodziły betonowe słupki. Dalej na południe po prostu nie ma nic oprócz piachu. Patrząc na mapę, najbliższe większe miasto to Timbuktu w Mali jakieś 1500 km w prostej linii albo jak niegdyś 52 dni na wielbłądzie przez piachy Sahary.
Image
Wyciągam aparat i jak tylko skierowałem obiektyw w stronę końca drogi wyskoczył żołnierz w okrutnie zakurzonym mundurze świadczącym, że kwitnie na tym posterunku nie pierwszy dzień. Jego gestykulacja nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Na końcu drogi znajduje się klepisko, a za nim jakiś bliżej nieokreślony obiekt wojskowy. Nie będzie więc pamiątkowego zdjęcia na końcu drogi ale z czystym sumieniem możemy sobie powiedzieć, że misja została zakończona, cel osiągnięty. Można spokojnie wracać w kierunku domu. Zanim jednak tam dotrzemy wypadałoby zacząć od Prologu, dokładnie jak w dramacie antycznym.

Właściwie dlaczego Maroko? Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Może dlatego, że szukając inspiracji do naszej pierwszej, zeszłorocznej podróży motocyklowej Maroko wszędzie się przewijało z etykietą „motocyklowego raju”, może dlatego, że chcieliśmy zobaczyć Saharę w wydaniu takim, jak na filmach, może dlatego że odpowiadają nam klimaty muzułmańskie ale najprawdopodobniej po prostu dlatego, że nigdy wcześniej nie byliśmy w Afryce.
W każdym razie kupując w ubiegłym roku Trampiego wiedziałem, że zrobimy nim przynajmniej dwie dłuższe podróże. Pierwsza, na rozgrzewkę miała być w Europie – pojechaliśmy na Bałkany. Druga na pewno do Maroko. Czy będą następne, zobaczymy.

Cel został wyznaczony, tylko jak tam się dostać? Rozważaliśmy wszystkie warianty z wyjątkiem tylko udziału w zorganizowanej wycieczce motocyklowej, bo robiąc średnio jedno zdjęcie co 6,7 km zdezorganizowalibyśmy najprawdopodobniej każdą grupę motocyklową. Jeśli jedzie się jednym moto we dwoje wszystkie warianty dojazdu nie różnią się istotnie biorąc pod uwagę koszty, postawiliśmy więc na opcję pośrednią, niezbyt często praktykowaną przez polskich bikerów.
Ostatecznie 17 kwietnia zamykam za sobą drzwi prowincjonalnego Mordoru i jestem gotowy do drogi. Wcześniej jednak przeszedłem szybki kurs wymiany dętki. Nigdy przedtem tego nie robiłem i obiecałem sobie, że nie wyjadę zanim nie opanuję chociaż tej jednej, jedynej podstawowej czynności. Przy okazji chciałem wymienić przednią oponę, co do której nie było pewności czy da radę na tak długim dystansie. W tym celu umówiłem się z moim mechanikiem na przyspieszony kurs.
- Ale czym chcesz to napompować gdzieś w dziczy?
- No, mam taki mały kompresorek
- Ja często mam problem żeby opona usadowiła się prawidłowo na feldze, pompując dużym, warsztatowym kompresorem. Czasami kilka razy muszę pompować i spuszczać powietrze. Tym małym czymś nie ma szans, zwłaszcza w przypadku sztywnej opony jaką jest Heidenau K60.
- To co ty robisz jak złapiesz gumę, gdzieś w górach?
- Ściągam koło i jeden z nas jedzie z nim do wulkanizatora. Jest to rozwiązanie najbezpieczniejsze, najprostsze i czasami nawet najszybsze.

Człowiek uczy się całe życie. My jedziemy sami, nikt nam koła nie zawiezie do warsztatu jeśli padnie gdzieś na odludziu. Ale co tam, tym będziemy się martwić jeśli się taka sytuacja przytrafi. W każdym razie kompresor i zapasowe gumy wylądowały w sakwie, a łyżki w tubie wraz z pozostałymi narzędziami. Jak to mówią, komu w drogę temu kopa… i siekiera w plecy. Ruszamy.
marcopolo
naciągacz linek
naciągacz linek
 
Posty: 75
Rejestracja: 07.04.2017, 08:01
Mój motocykl: XL700V

Re: Mój drugi raz

Postprzez Pawel » 06.07.2018, 22:51

To się zapowiada opowieść... :yaho: :ok:.
Awatar użytkownika
Pawel
pyrkający w orzeszku
pyrkający w orzeszku
 
Posty: 242
Rejestracja: 05.11.2017, 10:44
Miejscowość: Orzesze / SMI
Mój motocykl: XL650V

Re: Mój drugi raz

Postprzez Sylwek » 06.07.2018, 23:42

Pisz Waść. Dobrze się czyta Twe opowieści.
Dystans do siebie i elastyczność widzę :smile: .
Sylwek
rozmawiający z silnikiem
rozmawiający z silnikiem
 
Posty: 475
Obrazki: 92
Rejestracja: 13.03.2012, 12:08
Miejscowość: Lisków
Mój motocykl: XL600V

Re: Mój drugi raz

Postprzez kucyk » 07.07.2018, 09:29

Widzę że będzie ciekawie :ok: .Dawaj Waść dalej.
kucyk
dwusuwowy rider
dwusuwowy rider
 
Posty: 173
Rejestracja: 25.04.2016, 20:38
Miejscowość: Medyka
Mój motocykl: XL650V

Re: Mój drugi raz

Postprzez Fihu » 08.07.2018, 11:53

Pisz wszystko, łącznie z papierologią, dojazdem do Maroka :ok:
RD03 + XL 250 S
Lecz ja na moim kutrze sam sobie sterem wędkarzem i rybą
Awatar użytkownika
Fihu
rozmawiający z silnikiem
rozmawiający z silnikiem
 
Posty: 491
Rejestracja: 21.02.2013, 21:13
Mój motocykl: inne endurowate moto

Re: Mój drugi raz

Postprzez marcopolo » 08.07.2018, 20:34

18 kwiecień, Czeski Krumlov

Piękne słońce, mogłoby być trochę cieplej bo jest ok +15C ale nie ma co narzekać bo przecież o tej porze roku równie dobrze mogłoby być -5C i nikt by się nie zdziwił.
Jedziemy w przeciwnym kierunku niż pokazał GPS, starą drogą na Pragę, przez Karkonosze. To był dobry wybór bo droga dobra, pusta i gdy tylko wjechaliśmy w góry pokręcona jak włoski makaron. Ciasno zrobiło się dopiero w Pradze ale bez większych problemów wkrótce meldujemy się w Czeskim Krumlovie, gdzie mamy pierwszy nocleg.
Zawsze chciałem zobaczyć to położone nad Wełtawą zabytkowe miasteczko liczące niespełna 15 tys. mieszkańców, jednak nigdy jakoś nie było po drodze. Zabytkowe średniowieczne centrum Krumlova w całości wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ze względu na swoje położenie na skraju „Żelaznej Kurtyny” nigdy komuniści nie zdecydowali się na jakieś większe inwestycje w tym rejonie dlatego nie ma zbyt wiele żelbetonowych plomb i właściwie miasto zachowało swój pierwotny średniowieczno-renesansowy charakter prawie w całości.
Rozpakowujemy manatki i idziemy w miasto. Spodziewałem się tłumów, bo podobno po Pradze jest to najbardziej turystyczne miasto w Czechach, a tu niespodzianka – jesteśmy tylko my i jakaś koreańska wycieczka autokarowa, choć po ubiorze dałbym sobie rękę uciąć, że reprezentują Japonię, naród z innej planety.

Image
Wcześniej wypytałem się chłopaka, który nas zakwaterował, gdzie on chodzi na piwo. Zgodnie z jego wytycznymi trafiamy do gospody w ścisłym historycznym centrum i już mi się ten Krumlov zaczyna podobać. Za 5PLN można wypić piwo i to wcale nie na stojąco pod sklepem. Po dwóch kuflach i z pełnymi żołądkami ochota na łażenie po zabytkach jakby trochę nam przeszła ale nie poddajemy się.
Kierujemy się w stronę zamku, największego w Knedlandii po praskich Hradczanach, gdzie na nieszczęście ze zdumieniem odkrywamy, że piwo jest tutaj równie tanie i dobre co na rynku. Po trzecim piwie ochota na zwiedzanie jeszcze bardziej osłabła ale nie poddajemy się i breniemy dalej. Obraliśmy kierunek na kolejny żelazny punkt na mapie Krumlova - historyczny browar, gdzie złoty trunek z powodzeniem warzono już w 13-tym wieku. Tutaj znowu ze zdumieniem odkrywamy, że piwo mają całkiem świeże i równie tanie co gdzie indziej. Po czwartym definitywnie postanawiamy skończyć ze zwiedzaniem, bo przypadkiem moglibyśmy trafić na jakiś kolejny punkt gdzie serwują darmowe piwo, a wtedy najprawdopodobniej trzeba byłoby zmodyfikować jutrzejszy plan i zostać przynajmniej jeden dzień dłużej, co nawiasem mówiąc nie byłoby takie najgłupsze.
Image
Zanim wrócimy na zasłużony odpoczynek do pensjonatu musimy zrealizować jeszcze jedną ważną misję. Ponieważ udajemy się do kraju bezbożników wypadałoby się zaopatrzyć w jakieś procenty na drogę. Miałem to zrobić jeszcze w kraju ale jakoś tak mi się zapomniało. Idziemy więc do jedynego marketu w mieście, ale zamiast wody ognistej pocałowaliśmy klamkę. Jest środa 18:00, a sklep od pół godziny zamknięty na cztery spusty. Czesi to laicki naród, do kościoła w niedzielę chodzić nie muszą, a jeśli chodzi o zagospodarowanie wolnego czasu swoim obywatelom, rząd poszedł jeszcze dalej niż nasz. W mieście odwiedzanym przez 3 mln turystów jest jeden market, czynny w tygodniu do 17:30, w sobotę tylko z samego rana, a w każdą niedzielę zamknięty na amen.
Idziemy więc do Wietnamców, którzy mają głęboko w poważaniu prospołeczną politykę rządu i są otwarci do ostatniego klienta. Liczymy skrzętnie każdą koronę ale ni jak nie chce starczyć na Absynth, wódkę na bazie piołunu, której jedynym atutem jest zawartość alkoholu (70%), a jedyną wadą wysoka cena. Na bezrybiu i rak ryba, kupujemy więc flaszkę zwykłej wódki. Tak przynajmniej wtedy nam się wydawało, że zwykłej.
marcopolo
naciągacz linek
naciągacz linek
 
Posty: 75
Rejestracja: 07.04.2017, 08:01
Mój motocykl: XL700V

Re: Mój drugi raz

Postprzez pete17 » 09.07.2018, 20:43

Nooo,nieżle się zaczyna...
Lubię motory...wszystkie.
pete17
miejski lanser
miejski lanser
 
Posty: 386
Rejestracja: 23.08.2016, 08:18
Miejscowość: Pabianice
Mój motocykl: XL700V

Re: Mój drugi raz

Postprzez marcopolo » 12.07.2018, 19:12

19 kwiecień, Varone

Kolejny dzień, kolejna przygoda. Pogoda jak wczoraj tj. słonecznie, bezwietrznie ale z rana jeszcze trochę zimno. Wjeżdżamy do Austrii, mijamy kilka stacji benzynowych ale jak zwykle „potem”, „nie teraz”, „później” i oczywiście znaleźliśmy się na autostradzie bez winiety.
W pierwszej wersji planowałem potraktować Alpy jako część naszej wycieczki, a nie tylko tranzyt. Wyszło jednak na to, że musielibyśmy mieć na sam dojazd przynajmniej miesiąc, prujemy więc autostradami i jak na autostradę wcale nie jest tak nudno jakby się można było tego spodziewać, bo z poziomu autobhanu trochę tych Alp też widać.

Image

Przekraczamy przełęcz Brennero. Muszę przyznać, że mamy mnóstwo szczęścia. Jest +20C, podczas gdy historycznie w kwietniu średnia temperatura na przełęczy nie przekracza +7C, a opady śniegu to norma. Nawet teraz widać na szczytach jeszcze sporo białego, a w okolicznych kurortach sezon snowboardowy wciąż trwa.
Za Trydentem wreszcie opuszczamy autostradę i krętą drogą zjeżdżamy nad jezioro Garda. Do samego jeziora jednak nie dojeżdżamy bo w pewnym momencie mylę drogę i lądujemy w Arco zamiast w Riva del Garda. Co za różnica, może nawet tak lepiej, bo sama nazwa „Riva del Garda” kojarzy się z dużym plikiem euro, który trzeba byłoby zapłacić za spanie, bowiem tutaj obowiązuje zasada im bliżej jeziora tym drożej.

Image

Znajdujemy więcej niż przyzwoity nocleg w sąsiedniej wiosce i od razu udajemy się na poszukiwania jakiegoś jedzenia. Trafiamy do piekarni, w której oprócz pieczywa robią również pizzę. Zamawiamy więc jedno takie maleństwo o średnicy 1m i pochłaniamy na miejscu.

Tak suty posiłek trzeba czymś zapić. Na kwaterze otwieramy butelkę, naruszając w ten sposób już w pierwszy dzień po zakupie, żelazny zapas przeznaczony na bezalkoholowe Maroko. Polewam do szklanek z coca-colą i… jakieś takie to dziwne. Próbujemy samo bez coli. Wodą ognistą trudno było to nazwać, alkoholu nie było więcej niż w piwie, cienkim piwie. I ten dziwny posmak?! Czesi znani są z podrabiania alkoholi, nawet za pomocą metanolu lecz myślałem, że to już głęboka przeszłość i nie ma już z tym problemu. Uprzedzając fakty, później jeszcze daliśmy szansę temu czemuś ale w końcu bez żalu poszło do zlewu. Gdyby to miało miejsce w Krumlovie, autentycznie zaciągnął bym tych skośnookich do najbliższego komisariatu. Z drugiej jednak strony mogło być gorzej, mogliśmy kupić podrabianą piołunówkę za trzykrotnie wyższą cenę, a tak wciąż widzimy na oczy i możemy kontynuować naszą wycieczkę.

20 kwietnia, Savona

Przy śniadaniu pytam właścicielkę pensjonatu, która droga wzdłuż Gardy lepsza. Zdecydowanie ta prawobrzeżna brzmi odpowiedź. Jedziemy więc drogą wykutą w skale jeszcze przez ludzi Mussoliniego, oczywiście w czynie społecznym. Z lewej błękitne jezioro z ośnieżonymi szczytami w tle, z prawej skała. Mnóstwo tuneli, które pozwalają nam się trochę ogrzać bo choć słońce i bezchmurne niebo to z rana powietrze rześkie. Gdy nam się znudziło zjeżdżamy z głównej w eksponowaną asfaltową ścieżkę pnącą się wysoko do góry przez wąskie wąwozy. Normalnie jak na wakacjach! Można byłoby tutaj spędzić tydzień - my tutaj jeszcze z pewnością kiedyś wrócimy!

Image

Image

Image

Sielanka skończyła się po niespełna 100 km, kiedy wjechaliśmy na autostradę A4 Werona - Bergamo, gdzie trwała regularna walka o przetrwanie. Dwa pasy zajęte przez tiry i autobusy, a dla reszty świata pozostaje trzeci pas na którym o miejsce walczą Ferrari, zwykłe osobówki i motocykle. Na szczęście nie trwało to zbyt długo bo gdy zjechaliśmy na kolejną autostradę w kierunku Genui jak ręką odjął, znowu jak na wakacjach, cisza i spokój. Dopiero na wybrzeżu zrobiło się ciaśniej. Widać sporo motocykli zmierzających do portów w Genui i Savonie, skąd startują promy na Korsykę, Sardynię, do Hiszpanii i co najważniejsze do Maroko.

Już w Savonie na ekranach pojawiają się ostrzeżenia o 8 km zatorze. Niezbyt się tym przejąłem bo w końcu korki nie dotyczą motocykli. Myliłem się. W pewnym momencie stajemy i niestety dalej nie da się wcisnąć. Włochy to nie Niemcy, czy Austria, gdzie wszyscy grzecznie stają po jednej i drugiej stronie, środek pozostawiając wolny dla karetek, policji i motocyklistów. Tutaj każdy stoi jak mu pasuje. Żadna karetka, a nawet motocykl nie przejedzie.
Przynajmniej ja się nie przecisnę z pasażerem i sakwami wystającymi poza szerokość kierownicy. Stoimy więc w tunelu w upale i wąchamy zawartość gazów wydobywających się z rury wydechowej tira stojącego na sąsiednim pasie. Mamy serdecznie dość. Z zazdrością patrzę na ludzi siedzących sobie w klimatyzowanych puszkach. W takich momentach z chęcią bym się zamienił.

W pewnym momencie widzę, że środkiem jak gdyby nigdy nic pyrka sobie gościu w krótkich gatkach na Gold Wingu i jeszcze daje mi do zrozumienia, że powinienem jechać za nim. Że niby co? W tą szczelinę? Niby jak?
Nie wiem nawet czy wystarczy mi ubezpieczenia jak zarysuję Ferrari albo jeszcze inne Lamborghini, nie wspominając o zrujnowanych wakacjach. Ale z drugiej strony to bez sensu. Facet daje radę półtonowym monstrum na dwóch kołach, a ja stoję. Poza tym jakby nie patrzeć jedziemy do Afryki i chcąc nie chcąc nie unikniemy bezdroży, a ja stoję na asfalcie? Krótka piłka. Ruszam ostrożnie.

Przeciskam się najpierw środkiem. Na milimetry. Czasami muszę czekać. Czasami wciskam się na lewy, czy prawy pas jak pojawia się jakaś luka. Nie mam doświadczenia bo dotychczas jeśli wjeżdżałem między auta to tylko i wyłącznie stojące. Teraz muszę jechać między poruszającymi się pojazdami. Za plecami B. protestuje. Nie jest łatwo, ale jakoś dajemy radę. Mimo wszystko jak zobaczyłem drogowskaz z logo promu to muszę przyznać - kamień z serca.

Zajeżdżamy do portu z dużym zapasem czasu. Na bramie ochroniarz pyta czy my na jutrzejszy prom. Nooo… niby na jutrzejszy bo prom wg mojego rozkładu startuje krótko po północy. On wyciąga swoją rozpiskę i mówi, że prom owszem odpływa po dwunastej ale w południe!
Już wcześniej podejrzewałem, że coś tutaj nie gra, bo wszystkie drogowskazy pokazywały „Ferry to Corsica”. Pomyliliśmy porty, nasz jest w mieście jakieś 10 km wcześniej i wychodzi na to, że niepotrzebnie przebijaliśmy się przez ten korek na autostradzie.

Meldujemy się we właściwym porcie tak jak Pan Bóg przykazał 3h przed planowanym wypłynięciem, ale wcześniej udajemy się do sklepu na zakupy bo nie wykupiliśmy opcji all-inclusive. Zajeżdżam pod coś, co przypominało chiński market, a tam już stoi kilka obładowanych maszyn. Od razu jeden z motocyklistów przystawia mi pod nos puszkę piwa odgadując bez pytania czego mi w tej chwili potrzeba. Skąd ja znam tą nazwę „Laško”? Już wiem i nie muszę się pytać skąd przyjechali – Słowenia.

Do portu pozostaje tylko przejechać rondo więc biorę do ręki puszkę i z niekłamaną przyjemnością wlewam w siebie kilka łyków ciepłego browaru. Zrobiło mi się od razu lżej na duszy i coś czuję, że jednak z chęcią oddałbym kierownicę B., gdyby tylko miała prawko. Zamiast kiery oddaję jej jednak resztę piwa. Na głodnego, w upale i zmęczeniu dużo mi nie trzeba żeby zaszumiało w głowie. Wystarczy parę łyków.

Pakujemy do centralnego kufra, który do tej pory jechał pusty, materiały niezbędne do przeżycia na morzu przez dwa dni, czyli 6l wody, 1,5l czerwonego wina, pieczywo, jakieś warzywa, sery i jedziemy do portu.

Po długim oczekiwaniu przyszedł czas na załadunek. Tiry poszły chyba już dużo wcześniej. Teraz Marokańczycy, którzy do swojego kraju wiozą wszystko czego Włosi już nie potrzebują, czyli stare krzesła, używane materace, rowery, opony i inne badziewie, które w Europie nie przedstawia już żadnej wartości, a w Afryce można jeszcze to pchnąć za jakąś rozsądną kasę. W sumie to tak, jak w PL, tylko u nas te busy z niemiecką wystawką giną w tłumie gdzieś na drogach i autostradach, a tutaj koncentrują się na jednym promie.

Image

Potem poszły campervany ale nie takie jak można spotkać na campingach nad Adriatykiem. Te tutaj przypominają bardziej łaziki księżycowe niż wakacyjne domy na kołach. Prawdziwe pojazdy ekspedycyjne, zaopatrzone we wszystko co potrzebne jest do przetrwania na pustyni. Dopiero na końcu puścili nas motocyklistów, a było nas kilkadziesiąt maszyn, z których część wysiadało podczas międzylądowania w Barcelonie.

Do pokonania na dzisiaj pozostał ostatni, najtrudniejszy odcinek. Dwie sakwy, kufer z żarciem i piciem, tankbag, dwa kaski i plecaczek (bynajmniej nie chodzi tutaj o moją pasażerkę :) trzeba było wnieść na 6 pokład, gdzie znajdowała się recepcja. Cztery piętra w motocyklowych kurtkach i spodniach, dusznymi, ciasnymi i stromymi schodami. Winda jest, a jakże! Tylko włączają ją dopiero po tym jak wszyscy ulokują się już w swoich kajutach. Dzięki! Już wolę stać na
autostradzie w tunelu w korku.

Nigdy w życiu, nikt mi nie wnosił moich bagaży. Nie pozwoliłem dotknąć mojego majdanu nawet w Ritz’u. Tym razem się poddałem i z ulgą oddaliśmy stewardowi część bagaży żeby choć B. miała lżej.
marcopolo
naciągacz linek
naciągacz linek
 
Posty: 75
Rejestracja: 07.04.2017, 08:01
Mój motocykl: XL700V

Re: Mój drugi raz

Postprzez marcopolo » 17.07.2018, 20:13

21-22 kwiecień, na morzu

Myliłem się sądząc, że najtrudniejsze w podróżach motocyklowych to jazda autostradami w nocy podczas padającego deszczu, czy też stanie w korkach ubranym w kurtkę, gdy z nieba leje się żar. Nawet wnoszenie bagaży na 6 piętro to pryszcz w porównaniu z męką nicnierobienia na promie przez 2 dni. Flaszka wina pękła jeszcze pierwszej nocy, zanim wyruszyliśmy, a żelazny zapas, jak już wcześniej wspomniałem, nie nadawał się do picia i poszybował do zlewu.
Co tu robić? Nic się nie dzieje. Żeby chociaż jakiś sztorm. Nic. Dookoła tylko płaska woda i smuga dymu wydobywająca się z komina naszego promu. Nuda panie do kwadratu.

Wiele razy podróżowaliśmy promem, ale zawsze była to tylko jedna noc albo najwyżej noc i dzień. Nigdy dwie bite noce i dwa pełne dni. Nigdy też nie braliśmy kabiny i spaliśmy na pokładzie razem z lokalesami. Tym razem coś mnie tknęło i dopłaciłem aby mieć kawałek swojego miejsca przez te dwa dni. Była to chyba najlepsza logistyczna decyzja podczas tego wyjazdu.

Statek o dumnej nazwie „Cruise Smeralda” swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Z rozrywek jest dyskoteka ale urzęduje w niej policjant, do którego ustawiają się w kolejce takie żółtodzioby jak my, co to pierwszy raz jadą do Maroko i muszą otrzymać swój indywidualny nr CIN. Jest jacuzzi na pokładzie ale właśnie w trakcie odrdzewiania za pomocą szlifierki i szczotki drucianej. Jest bar z różnymi alkoholami ale w zaporowych cenach nie na naszą kieszeń. Poza tym wszystkie fotele jak i podłoga zajęte są przez marokańskie rodziny z niemowlakami włącznie. Jest również sala zabaw dla dzieci tymczasowo zamieniona na meczet. Jest sklep wolnocłowy ale na próżno w nim szukać piwa. Jest nawet jakieś niby kasyno z trzema jednorękimi bandytami, ale nawet nie podchodzę bo znając swoje szczęście w hazardzie pewnie przepuściłbym wszystkie nasze aktywa zanim opuścilibyśmy terytorialne wody Italii.

Po prostu nuda. Nie to co na wycieczkowcu, który mijamy podczas międzylądowania w Barcelonie. „Symfonia oceanów”, bo tak mu dano na chrzcie, to jednostka oddana do użytku zaledwie w ub.r. Sprawdziłem w internecie: 10-cio piętrowa zjeżdżalnia, aquapark, symulator surfingu, ścianki wspinaczkowe, kolejka tyrolska, lodowisko, boisko do koszykówki, 4 baseny, 10 jacuzzi, kino 3D, spa, fitness, kasyno z prawdziwego zdarzenia, park tropikalny i 1 członek załogi przypadający na 2,5 pasażera. Ci to raczej na nudę nie narzekają ale gdzie tu miejsce na przygodę, gdy zajmuje się taki apartament jak na załączonym obrazku? Jak w luksusowym więzieniu.

Image

Na naszym promie z rozrywek pozostało dla mnie tylko bieganie ale za to jakie bieganie. Pobiłem wszystkie rekordy życiowe. Biegając po górnych tarasach przez pół godziny zrobiłem wg GPS 20 km ze średnią prędkością 36 km/h, spalając przy tym 1000 kcal! Rewelacja. Szkoda, że na lądzie nie mam takich wyników.
marcopolo
naciągacz linek
naciągacz linek
 
Posty: 75
Rejestracja: 07.04.2017, 08:01
Mój motocykl: XL700V

Re: Mój drugi raz

Postprzez whiter » 17.07.2018, 22:40

Czyta się. :D
whiter
dwusuwowy rider
dwusuwowy rider
 
Posty: 180
Rejestracja: 28.01.2017, 20:17
Mój motocykl: XL650V

Re: Mój drugi raz

Postprzez Artur-ntv » 17.07.2018, 23:28

Czekam na ciąg dalszy
Awatar użytkownika
Artur-ntv
Nowicjusz
Nowicjusz
 
Posty: 16
Rejestracja: 11.08.2008, 10:14


Wróć do Wyprawy - relacje, zdjęcia



Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość