Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Relacje i zdjęcia z zagranicznych wypraw.

Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Postprzez Doodek » 12.06.2018, 19:58

Grecja 2018 – Epilog zamiast prologu

Image

W zeszłym roku tradycją stało się pisanie przeze mnie prologu do wyjazdu już po powrocie. W tym roku idę krok dalej i zaczynam relację od epilogu ;) Ale oczywiście opis indywidualnych dni też będzie. Później.

Pomysł wyjazdu do Grecji zrodził się w mojej głowie w momencie zakupu Oliviera (albo nawet przed tym wydarzeniem.). Katalogowa nazwa koloru mojej beemki to Kalamata Metallic Matt. Postanowiłam więc zabrać Kalamatę do Kalamaty. Z roku na rok ten wyjazd był przekładany, bo rodziły się inne "pilniejsze" pomysły. Ale w tym roku musiało się udać. Również dlatego, że... postanowiłam sprzedać osiemsetkę, a obietnica, to obietnica. choćby złożona motocyklowi.

Po pierwsze nie wiedziałam, czy ten wyjazd w ogóle dojdzie do skutku. Wszystko wyklarowało się w opcji "last minute" i w dodatku z przesuniętym - w stosunku do pierwotnego - terminem. Jeszcze tydzień przed wyjazdem, gdy dopracowywałam trasę, miałam w głowie wycieczkę solo. Dlatego plan był ambitny, dwa tygodnie, ok. 6500 km. Finalnie w trasę pojechały dwie osoby, na dwóch motkach. Ja na Olivierze i Nomad na Królowej (Africa Twin).

Mimo, że jestem adwokatem jechania w trasę w pełni sprawnym motocyklem, będąc samemu całkowicie sprawnym, tym razem trochę przymusowo odstąpiłam od tej reguły. Ja od jakiegoś czasu mam problemy z oboma łokciami i drętwieniem prawej ręki. Olivier za to miał pewne niedomagania w przednim zawieszeniu, a oprócz tego, choć przed wyjazdem kupiłam mu nowy akumulator (ten miał ponad 5 lat i ponad 90 tyś km "przebiegu"), to ostatecznie go nie wymieniłam ("w Grecji będzie ciepło, powinien dać radę"). Pierwszy raz też nie miałam w planie żadnego buforu czasowego na nieprzewidziane sytuacje. Oczywiście wszystkie te decyzje miały swoje konsekwencje - pewnych założeń nie udało się zrealizować, bo: dziury w (głównie) bułgarskich drogach wpłynęły na komfort jazdy i ból rąk, padnięty akumulator wymagał zakupu kolejnego, a problemy z pompą paliwa w Afryce i mniejsza sprawność grupy (choćby dwuosobowej; w porównaniu do podróżowania samemu) spowodowały spory niedoczas i "nadganianie" drogi, żeby udało się zaliczyć kluczowe punkty wyjazdu. Jednak najważniejszy cel, czyli Kalamata w Kalamacie został zrealizowany, a dodatkowo w tym mieście finalnie Afryka odzyskała swoją sprawność. A to, czego nie udało się zobaczyć - musi zostać na kolejny raz, bo do Grecji na pewno wrócę!

Image

Trochę statystyk i obserwacji:

- Dni jazdy: 16 (plus jeden dzień całkowitego odpoczynku na zlocie Froum f650gs.pl)
- Ilość gleb: Olivier: 1; Afryka: 1. Obie w zasadzie parkingowe... choć do obu się co nieco przyczyniłam...
- Ilość żółwi na trasie: 1 (w Grecji)
- Tam gdzie są koty, są lepsze oliwki; tam gdzie psy - gorsze
- Przejechane: 5639 km

Image
Awatar użytkownika
Doodek
pogłębiacz bieżnika
pogłębiacz bieżnika
 
Posty: 837
Rejestracja: 06.12.2013, 17:26
Miejscowość: Kraków
Mój motocykl: inne endurowate moto

Re: Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Postprzez Qter » 12.06.2018, 21:52

Świetnie się zapowiada! Pisz pls.

Pzdr

Qter

piję bro i palę sziszę
Geniusz tkwi w prostocie...

we don't cry very hard
Awatar użytkownika
Qter
swobodny rider
swobodny rider
 
Posty: 2632
Obrazki: 267
Rejestracja: 12.05.2011, 12:07
Miejscowość: Reguły
Mój motocykl: nie mam już TA

Re: Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Postprzez Lukasz /adhd/ » 12.06.2018, 22:48

Czesc!

Tak na "oko" patrzac na "track" - to chyba byly takze Meteory, czy Tak?
Ja tam bylem w czasach fotografii analogowej... czyli z dzisiejszego punktu widzenia, w zasadzie jakbym nie byl ;-)

Czekam na wiecej, to moze sie zmobilizuje, aby cos napisac ...

L.K.
:-) Motorynka (Pony 50-M-3 ) --> SR-50 --> ETZ-251 X2 --> KLR-600 --> TDM-850 --> XL-1000V --> F-800GS

- Wajdek...
Awatar użytkownika
Lukasz /adhd/
emzeciarz agroturysta
emzeciarz agroturysta
 
Posty: 297
Obrazki: 65
Rejestracja: 02.09.2016, 02:51
Miejscowość: Warszawa
Mój motocykl: mam inne moto...

Re: Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Postprzez Doodek » 19.06.2018, 21:05

 
Grecja 2018 -  Dzień 1 - Jak najdalej przed siebie



25 maja 2018 – piątek

26 maja 2018 - sobota




Kończę pracę o 15. Wszystko mam przygotowane, więc trzeba się tylko zapakować. Nomad przyleciał z północy, więc musimy jeszcze pojechać do niego, żeby on miał szansę się zapakować na wyjazd. W końcu zdecydował się trochę last minute i jeszcze nie miał okazji przygotować.

Jedziemy więc na Podkarpacie. Ustalamy, że w sobotę wyjedziemy wcześnie, żeby mieć przed sobą długi dzień, na długi dojazd.



Przejechane: 178 km

Image



W nocy pada deszcz. Oj, będzie ciekawie, bo parkujemy na sporej górce, na trawie. Opony w Olivierze nie są idealne na takie warunki. Dodatkowo deszcz skutecznie opóźnia nasz wyjazd o jakąś godzinę. Później przez chwilę pogoda nie może się zdecydować - na zmianę pada albo nie pada, więc profilaktycznie wpinam membrany do ciuchów. Wojtek idzie na żywioł i nie zakłada przeciwdeszczówek. Dobry ruch z jego strony.

Image

Image

Dzień upływa pod znakiem jazdy. I nudów. Nic się nie dzieje, albo przynajmniej niewiele. Na jednej ze słowackich łąk wypasa się chmara bocianów - nigdy tylu naraz nie widziałam. Nie mamy z Wojtkiem łączności interkomowej, więc nawet pogadać nie można. Każdy jest sam ze swoimi myślami. Możemy sobie co najwyżej pokazywać jakieś rzeczy i odgadywać co druga osoba chce przekazać.

Image

Na Węgrzech jest jeszcze nudniej. Prawie zasypiam, więc ordynuję postój na stacji benzynowej. Wypinam membrany i razem z Wojtkiem pijemy po kawce i dojadamy resztki ze śniadania czyli parówki.

Image

Granica węgiersko-serbska nie straszy już masą namiotów imigrantów. Przekroczenie granicy zajmuje nam kilkanaście minut. Po serbskiej stronie jest standardowo - ciepło, zalegają śmieci. Ale zauważyłam, że jazda lokalnych kierowców jest jakby spokojniejsza i bardziej przewidywalna niż jak byłam tu poprzednio.

Nad Belgradem łapie nas burza. Jedziemy dokładnie na froncie, ale nie zatrzymujemy, bo przecież zaraz przejdzie. W końcu za którymś tunelem już nie pada, więc mamy możliwość wyschnąć.

Dojeżdżamy do miejscowości Cacak; gdzie przyrezerwowałam hostel. Okazuje się jednak, że to nie ten, który miałam na myśli, ale i tak jest nieźle. Tzn. standard mega hotelowy. Hostel jest na IV piętrze w kamienicy, ale na szczęście jest winda... Motki parkujemy na publicznym parkingu na ulicy.

Image

Image

Każde z nas bierze szybki prysznic i idziemy w miasto. Trzeba coś zjeść. Mam w głowie knajpkę, w której byłam jadąc dwa lata temu do Albanii i serwowane w niej steki i wino. Nie bardzo jednak pamiętam jej nazwę, a lokalizacja też gdzieś na początku jest trudna, ale po jakimś czasie ją znajduję i raczymy się pyszną wołowina i jeszcze lepszym winem. Zasłużyliśmy!

Image

Image

Image

 

Przejechane: 935 km

Image

 

Informacje praktyczne:

Opłaty drogowe:

- Słowacja - bezpłatnie dla motocykli

- Węgry - obowiązuje winieta elektroniczna na przejazdy niektórymi odcinkami autostrad. Można kupić na stacjach benzynowych, albo on-line np. przez http://www.tolltickets.com (winieta jest dostępna od razu, do samodzielnego wydruku)

- Serbia - autostrady płatne na brankach. Opłata w lokalnej walucie lub Euro. Karty płatnicze są akceptowane.



Macna:

Poranny deszcz przeszedł dość szybko, więc nie miałam okazji przetestować nieprzemakalności membran. Te wypięłam dopiero na Węgrzech, kiedy zrobiło się ekstremalnie ciepło (tj. ok. 26 stopni), bo nie chciałam się przyklejać sama do siebie. Wloty powietrza zdają się spełniać swoje zadanie, tj. czuć przewiew.

Image
Awatar użytkownika
Doodek
pogłębiacz bieżnika
pogłębiacz bieżnika
 
Posty: 837
Rejestracja: 06.12.2013, 17:26
Miejscowość: Kraków
Mój motocykl: inne endurowate moto

Re: Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Postprzez Doodek » 22.06.2018, 18:09

Grecja 2018 - Dzień 2 - Początek problemów
27 maja 2018 - niedziela


Wczoraj zrobiliśmy naprawdę solidny kawałek trasy, więc dzisiaj ciśnienie jest mniejsze. Znosimy bagaże na parking. Objuczanie Oliviera trwa nieporównywalnie krócej niż Królowej, więc w ramach czynu społecznego idę do sklepu po wodę i jakiś prowiant na śniadanie i przekąski podczas drogi. Zakupioną szamkę spożywamy siedząc na krawężniku przy motocyklach, co wzbudza zainteresowanie kilku lokalesów, którzy raz po raz podchodzą i zagadują. Młodsi znają angielski, więc jest łatwiej. Starsi nie znają, więc jest zabawniej. na szczęście języki słowiańskie są na tyle do siebie pogodne, że z grubsza można się dogadać. I tak poznajemy kilka ciekawych historii, oczywiście związanych z motocyklami i wszelakimi przygodami z ich udziałem.

W końcu wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę granicy z Czarnogórą. Droga jest fajna, widokowa, pozakręcana. Ruch dość nieduży, ale zdarzają się sytuacje przy których robi się bardziej gorąco, gdy np. widzimy jak samochód przed nami przy wyprzedzaniu mija się z tym jadącym z przeciwka na milimetry.

Jeszcze cieplej robi się podczas przejazdu przez Novi Pazar. Panuje tu pełna egzotyka, ulica jest jednym wielkim targowiskiem. Po przejechaniu przez jedno z ostatnich skrzyżowań słyszę za sobą pisk hamulców i łupnięcie. Rzucam okiem w lusterko, na skrzyżowaniu jest zamieszanie i Wojtek pośrodku niego. No pięknie. Parkuję tam gdzie stanęłam, trochę na środku, ale komu to tu przeszkadza. Okazuje się, że Wojtek musiał zatrzymać się, bo przez ulicę przechodzili ludzie. Wtedy samochód jadący za nim go stuknął w tył, na szczęście stelaż, a nie koło. A stuknął dlatego, że z kolei samochód za nim nie wyhamował i wjechał mu w tył. Czyli tak kaskadowo. Strat w moto i uszczerbku na ciele Nomada nie ma, więc odjeżdża z miejsca zamieszania, zostawiając kierowców samochodów z rozważaniami kto kogo i co dalej. Chwilowo mamy dość miasteczek więc wyjeżdżamy stąd jak najszybciej. Jeszce tylko zatankujemy motki i śmigamy dalej.

Droga znowu jest fajna. Zakręty łykam jeden za drugim. W pewnym momencie patrzę w lusterko i nie widzę tam Wojtka. Zatrzymuję się, czekam, po chwili zawracam i spotykam go po niedługim czasie. Mówi, że od czasu ostatniego tankowania Afryka nie pracuje tak jak powinna. I gaśnie, gdy doda się więcej gazu. Mówi też, że raz mu tak zgasła na winku, na mostku, pod górę, co poskutkowało prawie glebą - wyratowaną dzięki złapaniu za stelaż kufra, a to z kolei wygięciem palców i mocnym bólem dłoni. Niedobrze.

Afryka odpala, więc jedziemy dalej, ale po chwili sytuacja się powtarza. I tak jeszcze kilka razy. Wojtek podejrzewa, że to przez pompę paliwa. Stajemy na poboczu i przystępujemy do naprawy. Podobno; trzeba tylko wymienić taką płytkę w pompie i będzie dobrze, a tak się składa, że akurat mamy i tę część i niezbędne narzędzia. Odłączamy rurki i kabelki, jeden wężyk zatykamy tamponem, bo pomimo zakręcenia kranika wciąż leci z niego paliwo... W końcu Honda to kobieta... Boląca ręka Nomada nie pozwala mu na wykonywanie niektórych czynności, więc ja też muszę ubrudzić sobie ręce. Ale wspólnymi siłami wymieniamy co trzeba.

Image

Image

Image

Image

Wszystko gra i buczy, ale po naprawie motek dalej nie pali. Zastanawiamy się, czy wszystko jest podłączone jak należy. Kilka kolejnych prób i dalej nie działa. W dodatku akumulator już ledwo zipie. Wojtek stawia wszystko na jedną kartę - jest z górki, więc odpali "na pych". Zdejmujemy z Afryki cały bagaż i Wojtek podejmuje próbę odpalenia. Zjeżdża, znika mi z pola widzenia, ale nie słyszę, żeby to zadziałało. Słyszę za to dzwonek telefonu - Wojtek - nie zadziałało. Jakieś 300 metrów niżej zatrzymał się na pseudoparkingu. Zaczynam uzbrajać Oliviera w cały bagaż, który był na Hondzie, ale nie mam szans zabrania wszystkiego. Z drugiej strony zostawić też kiepsko... Wojtek musi więc podejść w tym upale pod górkę po rzeczy.

W końcu wszystko już mamy zgromadzone razem. Ja jadę poszukać jakiegoś warsztatu w okolicy. Jest niedziela, więc może być problem, ale co tam, próbuję. Jest kilka myjni, knajp, nawet posterunek policji, ale mechanika - nie ma. Wojtek korzysta z koła ratunkowego "telefon do przyjaciela". Decyduje się na pominięcie pompy i połączenie wężyków za pomocą plastikowej końcówki do dmuchania materaca. I... działa! Możemy jechać. Za nami spora część dnia, a przed nami większa część zaplanowanej na dzisiaj trasy.

Image

Kilkaset metrów po starcie znowu nie widzę Wojtka w lusterku. No nie... Zatrzymuję się, czekam, zawracam. W końcu go widzę jak zjeżdża na pobocze, niedaleko jednej z ręcznych myjni dla samochodów. Okazało się że w międzyczasie jeszcze sprawdzał poziom oleju, ale potem zaaferował się robieniem bypassu pompy i wpadł w euforię, gdy patent zadziałał, że nie dokręcił korka i sporo oleju wyleciało mu na motocykl, buty i spodnie. Sprzątamy bałagan, korzystając z gościnności właścicieli myjni. Może to już koniec pecha na dzisiaj?

Image

Pominięcie pompy paliwa sprawia, że musi działać grawitacja i ciśnienie wytwarzane przez paliwo mieszczące się w baku. A to działa tylko przez jakieś 150 km, dopóki nie zejdzie ok. 7 litrów paliwa. Wtedy trzeba zatankować do pełna. Tak więc postoje na tankowanie są teraz dość często.

Wjeżdżamy do Czarnogóry i obieramy kurs na Albanię. W Andrijevicy zatrzymujemy się w knajpie "Most" na czevapi, bo od śniadania nic nie jedliśmy, a adrenalina przestała już tak trzymać, więc jesteśmy dość głodni. Albania jest już tuż tuż. Nad górami widzimy ciężkie chmury, ale liczymy, że może nas nie złapie tam żadna ulewa. Pokazuję Wojtkowi, że w te góry, jeszcze ze śniegiem, właśnie jedziemy.

Przejście graniczne Vermosh-Guci jest jak zwykle mocno leniwe. Więcej gadania niż pracy. Ta w końcu nie ucieknie. Dostajemy za to lekki ochrzan za robienie fotek. Dobra, nic tu po nas. SH20 czeka.

Image

Image

Przez jakieś 200 metrów za przejściem granicznym wciąż mamy szuterek. Zauważyłam ten błysk w oku Nomada... Ale potem zaczyna się równy, gładki asfalt. Jeszcze dwa lata temu go nie było. Droga tak czy inaczej jest piękna, nie ma na niej żadnego ruchu, więc można pojechać trochę dynamiczniej.

Image

Image

Image

Image

Wojtek jest tu pierwszy raz i uśmiech mu z twarzy nie schodzi. Nie spodziewał się takiej trasy. Z takimi winklami. Motocyklowy raj! A jak mu mówię, że to jeszcze nie wszystko i ładniejsze plenery dopiero przed nami, to nie może w to uwierzyć.

Image

Image

Image

Image

Image

Standardowo zatrzymujemy się w punkcie widokowym przy charakterystycznych serpentynach.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W dodatku pięknie wschodzi księżyc...

Image

Image

Image

Jeszcze tylko kilkadziesiąt km i będziemy na miejscu.

Image

Image

Nocujemy nad jeziorem Szkoderskim na campingu Lake Shkodra Resort. Jestem tu pierwszy raz, ale rozumiem skąd te ochy i achy nad tym miejscem - jest naprawdę wypasione. A wielkie okrągłe namioty są super komfortowe.

Image

Image

Po dniu pełnym przygód zasłużyliśmy na zimne piwo. Zamawiamy takie w campingowej restauracji, razem z dwoma porcjami oliwek. Potem dorzucamy jeszcze karafkę wina i pizzę na pół. Restauracja się wyludnia, co oznacza, ze pora spać. Schodzimy jednak na pomost nad jezioro i zauważamy, tzn. bardziej słyszymy niż widzimy, że grupka czeskich motocyklistów zażywa kąpieli, a jakże, na golasa. W zasadzie woda jest ciepła, dookoła tylko rechoczą żaby, więc "dajemy się namówić" i wieczorną kąpiel mamy już z głowy.


Przejechane: 367 km

Image


Macna: W górach Albanii upał zelżał, a że jestem zmarzluchem, to musiałam pozamykać wloty powietrza. Da się to zrobić podczas jazdy, bo dostęp do zamków jest dość wygodny, zarówno w kurtce, jak i na spodniach. Oczywiście nie dotyczy to wywietrzników na plecach - tych podczas jazdy bym nie próbowała zamykać ;)

Image
Awatar użytkownika
Doodek
pogłębiacz bieżnika
pogłębiacz bieżnika
 
Posty: 837
Rejestracja: 06.12.2013, 17:26
Miejscowość: Kraków
Mój motocykl: inne endurowate moto


Wróć do Wyprawy - relacje, zdjęcia



Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość